Zapiski doktoranta, którego los rzucił na uczelnię o wdzięcznie brzmiącej nazwie Louisiana State University (Baton Rouge).
wtorek, 9 sierpnia 2011
Nikt nie jest za duży by upaść.
czwartek, 21 lipca 2011
KLASYK O PIERWSZYM WIELKIM KRYZSIE FINANSOWYM:
Ludy Betyki, czy chcecie być bogate? Wyobraźcie sobie, że ja jestem bardzo bogaty i wy również: uwierzcie niezłomnie co rano, że fortuna wasza zdwoiła się wciągu nocy; wstańcie następnie z łóżka i jeśli macie wierzycieli, spłaćcie ich tym, coście sobie wyroili, i powiedzcie im, aby i oni wyroili sobie to samo.
Monteskiusz napisał te słowa w roku 1721 w związku z potężnym pan-europejskim kryzysem wywołanym przez spekulacje niejakiego Johna Lawa w roku poprzednim. Historyjka Monteskiusza opowiada o starożytnym kraju, którego mieszkańców pewien zdolny chłopiec przekonuje, że można handlować powietrzem. Cytat pochodzi z polskiego tłumaczenia Listów Perskich pióra Tadeusza Boya Żeleńskiego (PIW, Warszawa: 1979, s. 262).
Dziś nic dodać, nic ująć! Nawet miejsce się zgadza Betyka to przecież historyczna nazwa jednaj z prowincji Andaluzji! Chłopiec-spekulant jest zaś Grekiem!
środa, 6 lipca 2011
LEMINGI
środa, 9 lutego 2011
De Le Gras en Amérique

Kochani, naszedł już czas, by rozważyć na łamach mojego bloga jedną z wielkich tajemnic wszechświata, chwycić prawdziwego byka istnienia za rogi - podejmę temat tuszy Amerykanów.
sobota, 29 stycznia 2011
Nigdy nie jest za późno!
Europejczycy tradycyjnie starają się zawsze zorganizować swoje życie tak żeby się ono mniej więcej po czterdziestce "ustatkowało”, w USA mam wrażenie, że ambicją wielu jest coś wręcz przeciwnego. Na małej rodzinnej uroczystości u mojego przyjaciela miałem przyjemność poznać Margaret, jego babkę - lat 79 i jej męża Jacka - lat 81, byli małżeństwem od roku. Przy okazji spotkałem też ich bratanka, wuja mojego przyjaciela. Anthony przez ćwierć wieku był chemikiem, kilka lat temu poszedł na studia prawnicze, bo chciał spróbować czegoś nowego, w tym roku otworzył kancelarię. Początkowo myślałem, że to naprawdę jakaś niezwykła rodzina. Podobne historie powtarzały się jednak i wśród innych moich znajomych. Tu wiekowe małżeństwo wyjeżdżało w podróż dokoła świata, tam ktoś zaczynał się nagle uczyć się chińskiego, ówdzie pięćdziesięcioletni mąż żonie i ojciec dzieciom postawiał zostać ratownikiem medycznym, bo nie lubił pracy biurowej.
Poza ucieczkami od biurka, bywają też i powroty, na przykład do ławek. "Dwadzieścia dwa lata temu wyprosił mnie pan z sali, bo z koleżanką przeszkadzałyśmy w prowadzeniu zajęć. Wróciłam i obiecuję, że będę już grzeczna" - powiedziała w mojej obecności pewna studentka na pierwszym w tym semestrze wykładzie wybitnego historyka teorii politycznych.
Jeśli zaś mowa o studentach, to jednym z najciekawszych przypadków jest chyba Jam (to skrócona wersja jego imienia) - Amerykanin hinduskiego pochodzenia, z którym chodzę na kurs języka francuskiego. Ma on 75 lat, urodził się w Indiach jeszcze jako poddany Korony Brytyjskiej. W USA jest z przerwami od ponad 30 -tu lat. Pracował jako inżynier dla firm i ośrodków badawczych z całego świata. Jako emeryt był zatrudniony na pół etatu w uniwersyteckim laboratorium, ale się nudził, więc zaczął studiować psychologię - program licencjacki, od pierwszego roku; ostatnio zaczął drugi semestr! "Dlaczego psychologia?" - zapytałem go pewnego razu po zajęciach. "Poznałem wielu ludzi. Chciałbym teraz zrozumieć dlaczego są, jacy są."- odpowiedział prawie bez zastanowienia. "A co potem? Chcesz być psychologiem?" - nie wytrzymałem. "Nie wiem, nie planuję już na więcej niż rok do przodu. Na razie chcę tylko się uczyć, chcę wiedzieć dla samej wiedzy"- powiedział z błyskiem w oku. Ja zaś stwierdziłem wtedy, że Jam jest filozofem w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Powątpiewam w polityczną rzetelność prezydenta Obamy i jak wielu Polaków jestem bardzo krytyczny wobec jego polityki zagranicznej. W jednym jednak się z obecnym prezydentem USA zgadzam. Podczas tegorocznego State of the Union Address Barack Obama stwierdził mianowicie: "That is what Americans have always done, for the lat 200 years, they have reinvented themselves." Być może brzmi to nieco idealistycznie, ale właśnie ta umiejętność "wymyślania się na nowo" pozwala mi na optymizm w ocenie perspektyw dla USA. Przypomina mi się tutaj też historia niejakiego Harlanda Davida Sandersa, lepiej znanego jako "Colonel Sanders" (patrz zdjęcie na początku posta). Jegomość ów w wieku 65 został zupełnym bankrutem, następnie zaś od podstaw stworzył pewną firmę franczyzującą recepturę na dania z kurczaka - firma ta nazywała się...KFC. Sanders jeszcze za swego życie zamienił ją w potężny, międzynarodowy koncern. A o tym czy to wyszło na zdrowie kosumentom kurczaków będzie już innym razem - za tydzień napiszę bowiem o tyciu i otyłości w USA.
niedziela, 9 stycznia 2011
środa, 5 stycznia 2011
Krówki, kryzys i geopolityka
Ale po kolei. Jeszcze niedawno czymś naturalnym było, że Polacy wyjeżdżający za chlebem do USA przysyłali do kraju dolary w tanich, zielonkawych kopertach. Koperty te zaś były nagminnie otwierane przez polskich listonoszy celem opędzlowania waluty. Sam jako pacholę dostawałem takie listy z dwudziestoma dolarami na urodziny, od świętej pamięci cioci Broni z New Jersey. Bywało w tych zamierzchłych czasach, że doręczycielowi nawet nie chciało się bawić otwieranie pod parą. List był zwyczajnie rozerwany, a potem "na chama" sklejony taśmą. Jakieś półtora miesiąca temu przydarzyła się natomiast przygoda wręcz odwrotna. Moja Przeukochana Żona wysłała mi mianowicie na imieniny kawałek ojczyzny, czyli paczkę z cukierkami. Paczka przyszła po ponad dwóch miesiącach z wyraźnymi śladami wielokrotnego otwierania i zamykania. Nie było to samo w sobie zbyt dziwne, deklaracja celna wypełniana na poczcie wprost poucza, że przesyłka do USA może być "oficjalnie otwarta." Pech zaś chciał, że krówki zostały nadane akurat w okresie, gdy w kilku innych paczkach odkryto bomby. Bardziej jednak zafrapował mnie to, że po konsultacji z moją żoną okazało się, iż co najmniej połowa krówek została zjedzona, o pardon.... przetestowana pirotechnicznie.
Bynajmniej nikomu nie żałuję. Na zdrowie! Zgadzam się jednak z tymi ekonomistami, którzy twierdzą, że trwałe ożywienie gospodarcze w USA może przynieść tylko nowy technologiczno-przemysłowy przełom na miarę powszechnej komputeryzacji. W gruncie rzeczy gdyby chodziło o starsze, bardziej skostniałe społeczeństwo i kraj o dłuższej historii powiedziałbym, że to chyba już koniec. USA to jednak geopolityczny młodziak, a o przykładach innowacyjności i witalności tego społeczeństwa napiszę więcej już niedługo.
czwartek, 30 grudnia 2010
Guns Without Roses
niedziela, 28 listopada 2010
Churche pieczone!
| Reklama dźwignią Kościoła |
niedziela, 17 października 2010
American dream
Niechęć do American Dream wynika bowiem z uproszczonego spojrzenia na przepaść finansową jaka dzieli najlepiej zarabiających od reszty. Nie zauważa się jednak jak często całkiem zamożni ludzie tracą niemal wszystko, a jak wiele osób znikąd, często emigrantów w pierwszym pokoleniu potrafi, ot tak, dojść do znaczących pozycji. Niemiecki badacz Olaf Gersemann w swoje książce „Cowboy Capitalism” zauważył jeszcze jedną interesującą prawidłowość. Otóż, w jakże bezlitosnym amerykańskim systemie odpłatnych studiów znacznie większy niż w Niemczech odsetek absolwentów to pierwsze pokolenie, które w danej rodzinie zdobywa wyższe wykształcenie. Często potrzebne są stypendia i pożyczki, często dzieje się to dzięki zbiorowym wysiłkom całej familii, ale jakoś się dzieje i na tym polega merytokracja.
Rodzice obecnego gubernatora Luizjany wprawdzie zdobyli dyplomy, ale zrobili to w Indiach. Ich syn – Boby Jindal poszedł dalej licencjat uzyskał na prestiżowym Brown University, a pracę magisterską obronił w Oxfordzie, dzięki tak zwanemu Rhodes Scholarship. Jindal – republikanin był nawet rozważany jako kandydat na wiceprezydenta w 2008. Wyobraźmy sobie teraz, że w Polsce Hindus zostaje, powiedzmy, prezydentem Poznania, a potem mówi się o nim jako o jedynce PO w Warszawie.
W Paryżu, Berlinie czy Rzymie są zaś całe setki takich kawiarni. My w Europie ogólnie nie niwelujemy żadnych różnic społecznych, tylko nieudolnie maskujemy je socjalem. Hydraulik we Francji może żyć jak król, ale chłopiec z wyraźnym bretońskim akcentem i tak się nie dostanie na Sorbonę. Podobnie nikt na zachodzie Europy nie ma pomysłu co robić z imigrantami. Płacimy im przecież żeby był spokój, więc czemu się buntują? – pytają wyborcy. A ja pytam jak to jest, że Europa, która starzeje się tak szybko i ma tyle socjalnych udogodnień, przyciąga dwa razy mniej imigrantów niż pogrążone w kryzysie Stany, które podobno przybyszy bezlitośnie wykorzystują? I dlaczego nawet ta mniej liczna grupa, która do UE przyjeżdża, przez lata zupełnie się nie asymiluje?
niedziela, 3 października 2010
Masoneria
Zanim jednak o masonach, dwa słowa o Moussie. Otóż Louisiana State University ma jeden z najlepszych na świecie wydziałów inżynierii ropy naftowej, na który zjeżdżają się studenci z całego świata, w tym wielu Afrykanów i Arabów (również Saudowie). Moussa zaś studiuje, żeby zostać właśnie jednym z takich ropnych inżynierów. Jest wysoki, wesoły i ma szalone powodzenie u kobiet. „Nie, nie mam dużo dziewczyn, nie więcej niż cztery na raz” – uśmiecha się, gdy go o to zapytać. Jest też świetnym matematykiem. Widziałem jego zeszyty z senegalskiego liceum wypełnione równiutko zapisanymi obliczeniami w których całki wiły się jak węże. Amerykanów, którzy z rachunkiem różniczkowym zapoznają się dopiero w college'u, Moussa w każdym razie rozkłada na łopatki. Jeśli jednak chodzi o historię, politykę czy też ogólnie nauki humanistycznie, to można go śmiało nazwać antytalentem.
No, ale z powrotem do masonów. Starałem się odpowiedzieć neutralnie.
„No więc jest to takie tajne oświeceniowe stowarzyszenie, którego członkowie podobno wierzą w racjonalizm, ale równocześnie twierdzą, że można człowieka udoskonalić przy użyciu zawiązywanych z tyłu fartuszków, inscenizacji pogrzebów, zabaw ostrymi przedmiotami i tym podobnych...” – zaimprowizowałem definicję.
„A dlaczego pytasz?” – dodałem po chwili.
„Tak, chciałem pogadać. Pewnie w Europie masoni nie są tacy straszni, ale w Afryce z nimi dzieje się coś złego.” – odpowiedział Moussa marszcząc się.
„Tak a o co chodzi” – nie odpuszczałem.
„Bo widzisz, oni się u nas zajmują magią. Szefem loży jest zwykle szef kraju. A inni płacą mu krwią”– zaczął tłumaczyć.
„Wiesz myślę, że w Afryce szefowie kraju zwykle pozyskują krew przy pomocy kałasznikowów, a nie magii.”
„Tak, ale widzisz, to działa inaczej. Jak chcesz awansować, dostać lepszą pracę i więcej pieniędzy, to mówią ci
„Ale w jaki sposób ludzie technicznie dają masonom krew ” – nawet nie zmrużyłem oka. Zawsze przyjmuję zasadę, że próbuję do czegoś przekonać tylko ludzi z którymi się „trochę” się nie zgadzam; tych, których wizja świata zasadniczo odbiega od mojej, po prostu badam.
„Nikt Ci tego nie powie ot tak. Ale podobno musisz przynieść im, na przykład, włos albo bieliznę tej osoby, albo kroplę krwi. A potem ona zasypia i się nie budzi, albo czasami ginie w wypadku.”
Wtedy mniej więcej zacząłem się domyślać z czym mam do czynienia. Był to mianowicie potężny mit, który za pewne miał jakaś konkretną funkcję. Rozmawiałem jeszcze przez chwilę z Moussą starając się wybadać, czy mnie nie wkręca dla żartu? Jednak kiedy żartuje zwykle po pewnym czasie przestaje panować nad swoją mimiką. Tym razem mówił serio, albo półserio. W końcu zacząłem go pomału, po sokratejsku łapać w pułapkę moich politycznych podejrzeń.
„Powiedz mi wielu ludzi tak awansuje, po tym jak wyda kogoś z rodziny?”
„Bardzo wielu, dyrektorzy fabryk, politycy....”
„Ale niektórzy awansują uczciwie?”
„Bardzo trudno dostać naprawdę ważne stanowisko bez pomocy masonerii, bardzo niewielu się udaje.”
„A co się dzieje jak ktoś awansuje, a potem ktoś inny z jego rodziny umiera. Jak go traktuje reszta rodziny i znajomi?”
„Nie chcą w ogóle z nim rozmawiać. Nikt się nawet do niego nie zbliża.”
„A przecież w Afryce macie liczne rodziny, kuzyn od strony matki (użyłem celowo przykładu Kapuścińskiego) jest dla ciebie jak....”
„....o jak brat, muszę się nim opiekować....” – odpowiedział jakby czytał na głos z ”Hebanu”!
„Widzisz ja też mam kuzyna, lubię go, ale nie mam obowiązku opiekować się nim cały czas, płacić jego długów, czy coś takiego.”
„Rozumiem.”
„A powiedz mi, jak ktoś awansuje wysoko, nawet jeśli zrobi to uczciwie, to pewnie źle to wygląda.”
„No...trochę....”
„A w licznych rodzinach zawsze pewnie zdarzy się, że ktoś, jakaś ciocia dajmy na to, nagle umrze. Może wtedy taka rodzina przychodzi do swojego 'ważnego' człowieka i mówi, albo będziesz nam wszystkim pomagał, albo rozpowiemy, że jesteś masonem” - uderzyłem celnie. Moussa roześmiał się błyskając śnieżnobiałymi zębami i w końcu się trochę bardziej otworzył.
„Wiem, co masz na myśli. Nie wierzysz mi. Ja sam nie wiem, czy w to wszystko wierzę. Słyszałem różne rzeczy. Minister zostawał przewodniczącym izby zaraz po tym, jak jego syn zginął w wypadku samochodowym. Sam nie wiem. Ale w Afryce nie możesz się wyłamać. Wierzysz w to, w co wierzą ludzie i tyle. Dlatego chcę nie tylko studiować ale i pracować tutaj, w USA....Zamyślił się a potem dokonał analizy polityki na czarnym lądzie godnej rasowego politologa: „Widzisz, ty stoisz na nogach a ruszasz głową, w Afryce ludzie stoją na głowach i przebierają nogami w powietrzu. Tam wszystko jest inaczej i nawet Chińczycy (temat naszej poprzedniej rozmowy) tego nie zmienią, przyjdą i pójdą jak Francuzi.”
Dlaczego przytaczam całą tę rozmowę? Wcale nie po to by ośmieszyć moje kumpla (imię zmieniłem na inne popularne w jego kraju). Jak mu potem wyjaśniłem, sam pochodzę z kraju, w którym wielu ludzi myśli dość podobnie o masonach ich związkach z polityką. Rozmowa z Moussą była dla mnie po prostu empirycznym dowodem częściowej przynajmniej słuszności tezy o postkolonialności polskiego społeczeństwa. Społeczeństwa, którego pokaźna część podobnie jak liczni Senegalczycy uważa, że każdy, kto coś osiągnął, bez mała zaprzedał swoją duszę diabłu. A masoni jak każde niejawne stowarzyszenie to wygodna pożywka dla teorii spiskowych i w Polsce, i w Senegalu.
Ludzie sukcesu są nielubiani w postkolonialnych krajach dlatego, że sukcesy elit są tam wciąż kojarzone z kolaboracją z kolonizatorem, mit daje zaś wyraz niechęci społecznej, jaką budzi taka postawa. Dodatkowo w Senegalu mówi się też o sprzedawaniu „krwi” bliskich – myślę, że jest to mechanizm obronny tradycyjnej afrykańskiej rozbudowanej rodziny przed etyką korporacyjną i bardziej zachodnim modelem nuklearnym. To co jeszcze niedawno było świętym obowiązkiem, teraz nagle ma zostać zakazane, no a przecież nie załatwić kuzynowi pracy gdy jest się dyrektorem fabryki, to tak jakby pobić matkę. Taki człowiek musi być wyklęty.
Niestety, a propos nadziei jaką mój kolega pokłada w USA, to po prostu nie miałem mu serca powiedzieć, że ten kraj wybił się na niepodległość za sprawą paru masonów właśnie.
niedziela, 12 września 2010
A co jeśli?
Pisząc o tym, że trzeba sektor finansowy w czasach kryzysu ratować często powoływano się na interes społeczny a wręcz konieczność historyczną. Pamiętam jak Cezary Michalski przestrzegał, że bez pomocy rządów doczekamy się kryzysu, który powoła do życia ze trzech Hitlerów i dwóch Stalinów. Mówiono też o tym, że katastrofa dotknęła wszystkie instytucje pospołu, trzeba więc ratować cały system globalnych finansów. Opisywano kryzys tak jakby to był huragan lub tsunami, któremu nikt nie zawinił. Czy to znaczy, że nie ma już uczciwych bankierów, które nie udzielają kredytów niewypłacalnym klientom, że brak ekonomistów, którzy nie uprawiają kreatywnej księgowości, że nie uświadczysz inwestorów, którzy nie obracają nieściągalnymi papierami dłużnymi sztucznie podbijając ich cenę?
Cóż może gdzieś jeszcze są tacy ludzie. Będzie ich jednak coraz mniej. W Stanach często mówi się, że jakaś po uszy zadłużona instytucja finansowa jest „za duża żeby upaść”. O inne mało się dba, bo chyba ich interesy nie są dość społeczne. Ci którzy zawiedli dostają pieniądze, ci którzy sobie radzili muszą sobie radzić dalej. Ciekawe co by się stało gdyby tacy uczciwi finansiści zastrajkowali. Ot zwyczajnie zamknęli garnitur w szafie, poszli na ryby i dali sobie spokój. Albo zmienili swoje postępowanie na bardziej nowoczesne. Takie właśnie myśli nasuwają mi się podczas lektury powieści amerykańskiej, libertariańskiej pisarki Ayn Rand. Napisy ponad pół wieku temu „Atlas Shrugged” (pol. tyt. „Atlas Zbuntowany”) opisuje sytuację w której kreatywni, nie korzystający z „pomocy” państwa przedsiębiorcy postanawiają masowo wycofać się z życia społecznego i zostawić świat samemu sobie. Jak sobie ten świat bez nich radzi łatwo się domyślić.
W rzeczywistości takich zaplanowanych strajków białych kołnierzyków nie ma, są jednak samorzutne procesy społeczne, które działają na tej samej zasadzie. W Polsce narzekamy, że brakuje pieniędzy na emerytury, równocześnie składki emerytalne w zasadzie płacą tylko zajmujący się jakąś produktywną pracą mieszkańcy miast. Nic dziwnego, że coraz więcej z nich stwierdza, że to się nie opłaca i jak pewien znany dziennikarz kupują kawałek ziemi by udawać rolników. Podobnie globalni bankierzy, też pewnie stwierdzą teraz, że nie opłaca się być solidnym.
Często też słyszałem w mediach, że obecny kryzys jest produktem chciwości i bezwzględnej filozofii neoliberalnej. Tak, to prawda chęć zysku doprowadza w gospodarce rynkowej do cyklicznych przeciążeń. Jednak ci macherzy, których wychował neoliberalizm już za parę lat mogą się okazać pentakami w porównaniu z pokoleniem finansistów wyrosłych w poczuciu pokryzysowej bezkarności. Na szczęście w USA , pomimo Boshowskiego i Obamowskiego rozpasania, niektórzy dziennikarze i politycy wciąż wieżą w to, że należy za dobre nagradzać a za złe karać. To dlatego Tea Party jako lekarstwa na kryzys upatruje w powrocie do konsekwentnego gospodaczego liberalizmu.
Tymczasem rządy po obu stronach Atlantyku nadal brną w socjalizm. Oczywiście socjalizm ma iść w parze z regulacjami. Tyle, że regulacje nic nie pomogą. Rządy będą postrzegane jak dobra mamusia, która tupie nóżką, ale jak potrzeba zawsze poratuje. To zaś prowadzi do zdziecinnienia gospodarki. Żaden dyrektor wielkiego banku nie jest już ze swoich działań rozliczany tylko przez boga i akcjonariuszy.
Każdy kto czytał Ayn Rand, wie że literacko jej książki nie są najmocniejsze. „Atlas Shrugged” przypomina trochę „Przedwiośnie” Żeromskiego, tyle, że jest rozpisany jest na ponad 1000 stron! W obu przypadkach autor tak bardzo chce nam jasno wyłożyć filozofię swoich bohaterów, że cała reszta ciasta powieściowego staje się zakalcowata. Mimo to od pięćdziesięciu lat opasłe opus magnum pani Rand jest ciągle wśród dwudziestu najlepiej sprzedających się książek anglo-języcznych. Tajemnica...
poniedziałek, 6 września 2010
Szuflada Drobniaków
Automaty z napojami i pralki już dawno przestawiono na banknoty lub karty. A ceny w sklepach są znacznie wyższe nawet w porównaniu z 2008 roku i moją poprzednią wizytą w USA. Ludzie narzekają z kolei, że pensje nie rosną równie szybko, a nowych miejsc pracy jak na lekarstwo. Robert, który na moim osiedlu jest - mówiąc krótko - cieciem skończył studia z zakresu rehabilitacji i znalazł tylko to. Na samym uniwersytecie również ostre cięcia. Kryzys, pomimo uspokajających komentarzy prasowych, trwa. Tempo wzrostu PKB jest ciągle niższe od spodziewanego i nie zbliżyło się nawet do poziomu z 2008. Bezrobocie też na razie nie spada, choć na szczęście nie osiągnęło nigdy hiszpańskiego poziomu. Cóż nie pierwszy to i nie ostatni taki kryzys w historii USA. W Europie Niemcy - fabryka starego kontynentu, mają znacznie lepsze dane dotyczące wzrostu PKB. Komentatorzy z The Economista twierdzą, wręcz że USA powinny się od Republiki Federalnej Niemiec uczyć. Ja mimo to, patrząc na polityczną stronę całej sprawy, jestem jakoś spokojniejszy o przyszłość USA niż Europy.
Nie wiem, na ile dobrze i jak długo radzić sobie będą Niemcy, wszystko wskazuje jednak na to, że ich polityczno-ekomiczno otoczka, czyli Unia Europejska, wkrótce się rozpadnie. W Europie kryzys nie doprowadził bowiem do żadnej głębszej refleksji politycznej. Wszystko zostało po staremu. Niemcy wolą się nie mieszać i robić interesy z Rosją. Polska woli się nie wychylać. Południe z Grecją na czele pławi się zaś w nieróbstwie i autodestrukcji. Unia jako całość jest zaś indolentna oraz podzielona jak nigdy. W USA tymczasem już na półmetku miałkiej prezydentury Baracka Obamy czuje się wiatr zmian. Niewykluczone wręcz, że na naszych oczach powstaje tam właśnie nowa partia, a to zjawisko na amerykańskiej scenie politycznej więcej niż rzadkie. Tea Party (nazwa pochodzi od wydarzeń, które miały miejsce w Bostonie w 1773) to liberalno-konserwatywny ruch wobec którego mało kto w Stanach pozostaje obojętny. Herbaciarze sprzeciwiają się zarówno polityce Busha jak i Obamy, domagają się powrotu do dosłownej interpretacji konstytucji i jej rygorystycznego przestrzegania. Chcą też taniego małego rządu, który nie szkodzi maluczkim i nie pomaga Wall Street.
Obecnie demokraci tracą w sondażach, a w szeregach Partii Republikańskiej prawybory wygrywają prawie wyłącznie kandydaci popierani przez ruch herbatkowy. To właśnie ci ludzie już wkrótce stoczą bitwę o Waszyngton. W efekcie neokonserwatywni bushowscy republikanie mogą permanentnie pójść w odstawkę, co sprawi, że Partia Republikańska de facto stanie się Partią Tea Party. Alternatywą może być też powstanie zupełnie nowego ugrupowania, ale tego skutecznie nie udało się zdziałać od ponad stu pięćdziesięciu lat. Tak czy owak, za Huntingtonem uważam, że Ameryka zachowuje swoją cywilizacyjną świeżość właśnie dlatego, że co kilkadziesiąt lat jakiś ruch społeczny powraca w niej do wartości założycielskich. Dowcip może polegać właśnie na tym, że takim ruchem wcale nie musi być kampania Baracka Obamy. Poza tym jakże krzepiące z punktu widzenia USA jest to, że właśnie wtedy, kiedy Grecy wychodzą na ulice, bo chcą mniej pracy oraz większego rządu i socjalu, Amerykanie demonstrują, bo chcą mniejszego rządu, mniej socjalu i więcej pracy.
Co do samego Obamy, to jego wrogowie są bezlitośni, a jego zwolennicy bezsilni. Demokraci mówią o zmarnowanej szansie. Republikanie i co po niektórzy independeci (wyborcy niezależni) o szansie się rodzącej. „Nie mogę się doczekać, kiedy Sarah Pallin (obecnie działaczka Tea Party) ogłosi swoją kandydaturę. Dzięki niej odzyskałem wiarę w politykę” – mówi wspomniany już „konserwator” Robert naprawiając mi klimatyzator. „No, ma chyba jeszcze trochę czasu, Obamie zostało prawie 2 i pół roku kadencji” - odpowiadam. „ Faktycznie, to dziwne a wydaje mi się rządził już dwie kadencje, tak jestem nim zmęczony” – odpowiada Robert.