środa, 6 lipca 2011

LEMINGI

Po dłuższej przerwie oddanym czytelnikom serwuję malutką formę fikcyjną.

Podczas kryzysu człowiek często nie z własnej winy dysponuje nadmiarem wolnego czasu. Ja kiedyś postanowiłem ten czas spożytkować dla dobra, że tak powiem, ludzkości. Kierowałem się przy tym radą poczytnej gazety, na łamach której pewna zagraniczna ekolożka retorycznie zapytywała, ile kobiet wzrusza się efektem cieplarnianym zamiast wciąż myśleć o mężczyznach i dzieciach? Nie jestem niestety kobietą, postanowiłem jednak pochylić się nad losem naszej planety. Kiedy więc pewna dziewczyna wręczyła mi ulotkę z czerwonym napisem "Klub Ekologiczny Leming- mityngi w każdy czwartek o 17.00", nie zastanawiałem się długo. Spotkania odbywały się w starej kamienicy w pobliżu przepływającej przez nasze miasto rzeki. Przytulne niegdyś mieszczańskie wnętrze po wyburzeniu ścianek działowych przerobione zostało na salę z kilkudziesięcioma krzesełkami, rzutnikiem i wielką białą tablicą. Ściany tego przybytku zdobiły zaś zdjęcia rozmaitych zwierząt, w tym często i gęsto sympatycznych gryzoni z dalekiej północy - czyli lemingów właśnie. Pierwsza seria spotkań przebiegała dość standardowo. Rozdawano nam ulotki, wręczano petycje do rozmaitych głów państw, które mieliśmy podpisywać, a potem częstowano ekologicznymi ciasteczkami owsianymi i zieloną herbatą. Przede wszystkim jednak nasz stały prelegent imieniem Rafał bombardował nas rozmaitymi danymi liczbowymi. I tak tonęliśmy w tonach śmieci, które każdy człowiek co roku produkuje, hektolitrach zmarnowanej wody, tysiącach metrów sześciennych trujących gazów i tak dalej, i tak dalej. Po mniej więcej trzech tygodniach takiej indoktrynacji i ponawiających się pytaniach ze strony widowni Rafał zapowiedział, że na następnym spotkaniu wyjaśni nam pochodzenie nazwy klubu.

-Leming to bohaterskie stworzenie - zaczął a w małej szparce pomiędzy gęstą brodą i nieuczesaną czupryną zapaliły się iskierki - kiedy ich populacja wzrasta nadmiernie, kiedy zaczyna brakować pokarmu zaś drapieżniki i choroby nie mogą już kontrolować liczby osobników, one same biorą sprawy w swoje łapki. Dla dobra matki natury odchodzą. Masowo wbiegają do morza, nie próbują nawet pływać. Myślę, że po ostatnich wykładach państwo już sobie zdają sprawę, że ludzkości nie może pomóc ani żadna segregacja śmieci, ani nawet ogniwa fotowoltaniczne. Krótko mówiąc pozostaje nam wziąć przykład z lemingów- tu zrobił krok w bok odsłaniając tym samym jakiś pokryty płachtą kształt, który stał za nim. Następnie zamaszystym ruchem zerwał płachtę. Znajdowała się pod nią sporych pomalowana na złoto figura przedstawiająca leminga. Zwierzątko stało na tylnych łapkach unosiło główkę do góry, a przednie kończyny rozkładało w geście błogosławieństwa, chcąc niejako objąć wszystkich zebranych. Kilka osób zaczęło bić brawo. Kilkoro innych wyszło, w tym ja.

Nie pojawiałem się więcej na spotkaniach klubu. Zastanawiałem się nawet, czy nie mam do czynienia z groźną sektą, o której należałoby donieść odpowiednim władzom. Po jakimś czasie uznałem jednak, iż byłem oto świadkiem kolejnego artystycznego happeningu, z jakich słynie nasze miasto. Szybko więc zapomniałem o całej sprawie, a wolny czas zacząłem spędzać w przyjemniejszym towarzystwie. Jednak pewnego razu późnym wieczorem przechodząc koło nabrzeża usłyszałem rozdzierający płacz. Szybko udało mi się zlokalizować jego źródło. Na brzegiem rzeki klęczał Rafał i zanosił się spazmatycznym szlochem.
- Nie przyszli - chlipał.
- Kto nie przyszedł?
- Nie przyszli, a dziś miało być "Święto Wielkiego Leminga" mieli uwolnić planetę od odpadów, których stali się producentami.
- Możesz przecież wskoczyć do wody sam - zaproponowałem zaczynając z wolna rozumieć co zaszło.
- Ja muszę nieść ludzkości oświecenie, przede mną jeszcze wiele pracy - odparł z godnością i uspokoił się nieco.

Być może wypity alkohol a być może wrodzona skłonność do empatii sprawiły, że zrobiło mi się wtedy Rafała bardzo żal. Rozebrałem się więc i śmiało wkroczyłem do wody. Kiedy sięgała mi już po pachy udałem, że porywa mnie nurt naszej sennej zwykle rzeki i zanurkowałem. W rzeczywistości jestem oczywiście wyśmienitym pływakiem, bez trudy dopłynąłem więc pod wodą do pobliskich szuwarów, skąd mogłem w spokoju obserwować jak mój dawny wykładowca tańczy na nabrzeży raz po raz wzywając imienia "Wielkiego Leminga”.

środa, 9 lutego 2011

De Le Gras en Amérique

Kochani, naszedł już czas, by rozważyć na łamach mojego bloga jedną z wielkich tajemnic wszechświata, chwycić prawdziwego byka istnienia za rogi - podejmę temat tuszy Amerykanów.


Dlaczego Amerykanie są tłuści? Dlaczego bielizna teoretycznie w moim rozmiarze po rozpakowaniu okazała się być kawałkiem płótna żaglowego gotowym do zamontowania na średniej wielkości łódce? Świat nauki zna wiele teorii. Mówi się więc o zdradliwym syropie kukurydzianym dodawanym zamiast cukru do rozmaitych produktów, o zamiłowaniu do fast-foodów, o naszpikowanym antybiotykami mięsie, o drogich warzywach oraz o zbyt dużych porcjach w restauracjach.

Nie jestem ekspertem, jeśli chodzi o technologię żywienia, trudno mi więc jednoznacznie ustosunkować się do tych wszystkich teorii. Jednak poza brakiem wypiekanego tradycyjnie chleba i niektórych typowo polskich produktów nie zauważyłem, żeby żywność była jakoś dramatycznie odmienna od tego, co mogłem kupić w kraju. Co więcej, producenci lojalnie informują ile procent dobowego zapotrzebowaniu tłuszczu, cukru i białka dany produkt posiada. To samo czynią restauratorzy. Poza typowymi fast-foodami jak grzyby po deszczy rosną też bary sałatkowe i rozmaite mutacje Subwaya. Co do mitu wielkich porcji - to jest on spowodowany tym, że turyści zwykle proszą o specjalność zakładu, restaurator zaś stara się, żeby było to danie tyleż kosztowne, co sycące. Przy minimalnej choćby znajomości angielszczyzny w menu można jednak znaleźć również mniej okazałe potrawy.

Dlaczegóż więc Amerykanie są tłuści? Moja teoria jest prosta - jest to spowodowane ich specyficznym stosunkiem do wysiłku fizycznego, w którym objawia się rodzaj ukrytej, kompulsywnej arystokratyczności tego społeczeństwa. Być może biorąc sobie do serca zarzuty Marksa pod adresem kapitalistycznej gospodarki, Amerykanie postawili sobie bowiem za punkt honoru stworzenie społeczeństwa, w którym nikt nie będzie musiał podejmować zbytniego wysiłku fizycznego i gdzieś w latach 50-siątych dopięli swego. Równocześnie pojawiła się oczywiście moda na sport. Sport ów stał się jednak szybko czymś rytualnym i dość drogim. Dla Amerykanina uprawianie sportu to bowiem coś do, czego potrzeba specjalnych butów, karnetu, stroju, sprzętu, terenu, domku letniskowego, basenu, wózka, motorówki, helikoptera i wodotrysku. Jak się to wszystko kupi, to jest się sportsmenem. A jak po obiedzie chce się wyjść na spacer, to jest się niebezpiecznym zboczeńcem i zostanie się natychmiast pod tym zarzutem zatrzymanym przez policję (przekonałem się na własnej skórze).

Nie mieści się Amerykanom w głowie, że machanie kijem golfowym przez całą niedzielę nie spali tylu kalorii, ile przejażdżka rowerem do pracy w dzień powszedni czy wchodzenie piechotą na pierwsze piętro. Amerykanie jako prawdziwi indywidualiści nie lubią też się dzielić i nie znoszą uprawiać sportu, kiedy mogą to robić za darmo - bo jaką wartość ma rzecz darmowa. Podam przykład - studenci i pracownicy LSU mogą o każdej porze dnia bez dodatkowych opłat skorzystać z basenu uniwersyteckiego. Ktoś mógłby pomyśleć, że skoro uczy się tu w sumie 25, a pracuje 5 tys. osób, to w przerwie lunchowej basen pęka w szwach. Nic podobnego, z siedmiu olimpijskich torów korzystam często tylko ja i ze dwóch staruszków, którym pewnie jeszcze w wojsku sierżant nakładł do głowy, że jak nie będą się ruszać, to szybko zgniją. Po wyjściu z basenu widzę za to kolejkę ustawiającą się do najpopularniejszego na kampusie baru kanapkowego - ogonek skręca aż na drugą stronę ulicy.

sobota, 29 stycznia 2011

Nigdy nie jest za późno!

Kiedy ktoś mnie pyta co mi się podoba w Stanach i Amerykanach, to bez zastanowienia odpowiadam: "To, że ludzie tu nie boją się zmian, bez względu na wiek."

Europejczycy tradycyjnie starają się zawsze zorganizować swoje życie tak żeby się ono mniej więcej po czterdziestce "ustatkowało”, w USA mam wrażenie, że ambicją wielu jest coś wręcz przeciwnego. Na małej rodzinnej uroczystości u mojego przyjaciela miałem przyjemność poznać Margaret, jego babkę - lat 79 i jej męża Jacka - lat 81, byli małżeństwem od roku. Przy okazji spotkałem też ich bratanka, wuja mojego przyjaciela. Anthony przez ćwierć wieku był chemikiem, kilka lat temu poszedł na studia prawnicze, bo chciał spróbować czegoś nowego, w tym roku otworzył kancelarię. Początkowo myślałem, że to naprawdę jakaś niezwykła rodzina. Podobne historie powtarzały się jednak i wśród innych moich znajomych. Tu wiekowe małżeństwo wyjeżdżało w podróż dokoła świata, tam ktoś zaczynał się nagle uczyć się chińskiego, ówdzie pięćdziesięcioletni mąż żonie i ojciec dzieciom postawiał zostać ratownikiem medycznym, bo nie lubił pracy biurowej.

Poza ucieczkami od biurka, bywają też i powroty, na przykład do ławek. "Dwadzieścia dwa lata temu wyprosił mnie pan z sali, bo z koleżanką przeszkadzałyśmy w prowadzeniu zajęć. Wróciłam i obiecuję, że będę już grzeczna" - powiedziała w mojej obecności pewna studentka na pierwszym w tym semestrze wykładzie wybitnego historyka teorii politycznych.

Jeśli zaś mowa o studentach, to jednym z najciekawszych przypadków jest chyba Jam (to skrócona wersja jego imienia) - Amerykanin hinduskiego pochodzenia, z którym chodzę na kurs języka francuskiego. Ma on 75 lat, urodził się w Indiach jeszcze jako poddany Korony Brytyjskiej. W USA jest z przerwami od ponad 30 -tu lat. Pracował jako inżynier dla firm i ośrodków badawczych z całego świata. Jako emeryt był zatrudniony na pół etatu w uniwersyteckim laboratorium, ale się nudził, więc zaczął studiować psychologię - program licencjacki, od pierwszego roku; ostatnio zaczął drugi semestr! "Dlaczego psychologia?" - zapytałem go pewnego razu po zajęciach. "Poznałem wielu ludzi. Chciałbym teraz zrozumieć dlaczego są, jacy są."- odpowiedział prawie bez zastanowienia. "A co potem? Chcesz być psychologiem?" - nie wytrzymałem. "Nie wiem, nie planuję już na więcej niż rok do przodu. Na razie chcę tylko się uczyć, chcę wiedzieć dla samej wiedzy"- powiedział z błyskiem w oku. Ja zaś stwierdziłem wtedy, że Jam jest filozofem w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Powątpiewam w polityczną rzetelność prezydenta Obamy i jak wielu Polaków jestem bardzo krytyczny wobec jego polityki zagranicznej. W jednym jednak się z obecnym prezydentem USA zgadzam. Podczas tegorocznego State of the Union Address Barack Obama stwierdził mianowicie: "That is what Americans have always done, for the lat 200 years, they have reinvented themselves." Być może brzmi to nieco idealistycznie, ale właśnie ta umiejętność "wymyślania się na nowo" pozwala mi na optymizm w ocenie perspektyw dla USA. Przypomina mi się tutaj też historia niejakiego Harlanda Davida Sandersa, lepiej znanego jako "Colonel Sanders" (patrz zdjęcie na początku posta). Jegomość ów w wieku 65 został zupełnym bankrutem, następnie zaś od podstaw stworzył pewną firmę franczyzującą recepturę na dania z kurczaka - firma ta nazywała się...KFC. Sanders jeszcze za swego życie zamienił ją w potężny, międzynarodowy koncern. A o tym czy to wyszło na zdrowie kosumentom kurczaków będzie już innym razem - za tydzień napiszę bowiem o tyciu i otyłości w USA.



środa, 5 stycznia 2011

Krówki, kryzys i geopolityka

Mówi się o lekkim ożywieniu na Wall Street. Ja sądzę jednak, że kryzys jeszcze trochę potrwa, zaś moim kamieniem probierczym są cukierki, a konkretniej polskie krówki.

Ale po kolei. Jeszcze niedawno czymś naturalnym było, że Polacy wyjeżdżający za chlebem do USA przysyłali do kraju dolary w tanich, zielonkawych kopertach. Koperty te zaś były nagminnie otwierane przez polskich listonoszy celem opędzlowania waluty. Sam jako pacholę dostawałem takie listy z dwudziestoma dolarami na urodziny, od świętej pamięci cioci Broni z New Jersey. Bywało w tych zamierzchłych czasach, że doręczycielowi nawet nie chciało się bawić otwieranie pod parą. List był zwyczajnie rozerwany, a potem "na chama" sklejony taśmą. Jakieś półtora miesiąca temu przydarzyła się natomiast przygoda wręcz odwrotna. Moja Przeukochana Żona wysłała mi mianowicie na imieniny kawałek ojczyzny, czyli paczkę z cukierkami. Paczka przyszła po ponad dwóch miesiącach z wyraźnymi śladami wielokrotnego otwierania i zamykania. Nie było to samo w sobie zbyt dziwne, deklaracja celna wypełniana na poczcie wprost poucza, że przesyłka do USA może być "oficjalnie otwarta." Pech zaś chciał, że krówki zostały nadane akurat w okresie, gdy w kilku innych paczkach odkryto bomby. Bardziej jednak zafrapował mnie to, że po konsultacji z moją żoną okazało się, iż co najmniej połowa krówek została zjedzona, o pardon.... przetestowana pirotechnicznie.

Bynajmniej nikomu nie żałuję. Na zdrowie! Zgadzam się jednak z tymi ekonomistami, którzy twierdzą, że trwałe ożywienie gospodarcze w USA może przynieść tylko nowy technologiczno-przemysłowy przełom na miarę powszechnej komputeryzacji. W gruncie rzeczy gdyby chodziło o starsze, bardziej skostniałe społeczeństwo i kraj o dłuższej historii powiedziałbym, że to chyba już koniec. USA to jednak geopolityczny młodziak, a o przykładach innowacyjności i witalności tego społeczeństwa napiszę więcej już niedługo.

czwartek, 30 grudnia 2010

Guns Without Roses

Przed świętami wybrałem się ze swoim kolegą ze studiów - Benem kupić choinkę. Potem zatrzymaliśmy przed jeszcze jednym sklepem. Wtedy Ben pewnym ruchem sięgnął do schowka i wyciągnął z niego niewielki rewolwer.

Lekko pobladłem, natychmiast zacząłem się zastawiać, czy kiedy odwiedzałem ostatnio dom Bena, jego małżonka nie uśmiechnęła się do mnie o jeden raz za dużo? Ben tymczasem sprawnie otworzył magazynek i opróżnił wszystkie sześć komór. Wtedy zdałem sobie sprawę, że stoimy przed sklepem z bronią i akcesoriami myśliwskimi. Ben chciał sobie po prostu kupić nową kaburę. Gdy go zapytałem, dlaczego broń jest cały czas naładowana, odparł, że jeśli ktoś wybije mu szybę na światłach, to lepiej żeby pistolet był gotów do strzału.

Broń na południu to po prostu sprzęt gospodarstwa domowego. Jest jak pies, każdy jakąś ma lub miał. Na obiedzie w domu znanego profesora jego synowie dyskutują o sprzedaży zabytkowego Winchestera za, bagatela, 20 000 dolarów. Kolega narzeka, że z bronią nie można wchodzić na kampus, bo na parkingach zdarzają się napady. Natomiast kilka miesięcy temu w Baton Rouge odbyła się akcja zbierania broni w zamian za kupony na benzynę. Ludzie podchodzili do wielkiej tekturowej paki i wrzucali tam swoje pistolety, shot-guny oraz karabiny (broni typowo myśliwskiej nie przyjmowano) zaś policjant siedzący koło tej paki wręczał im kupony na zakupy na stacji benzynowej. Nadal nie wiem, czy chodziło bardziej o promocję stacji, czy o zwiększenie bezpieczeństwa na ulicach.

Ben narzeka z kolei na naboje, których używa na strzelnicy. Te tanie serbskie mu nie pasują, a oryginalne są strasznie drogie. Powiedział mi, że po broń musiał sięgnąć tylko dwa razy w życiu, w obu przypadkach w Nowym Orleanie. Miasto to od czasów Katriny poza turystycznym centrum jest miejscem prawdziwie zakazanym. Jeszcze niedawno Ben pracował tam dla lokalnego kościoła episkopalnego. Miał sprawdzać, czy osoby otrzymujące zapomogę od tej szacownej instytucji nie oszukują i nie są notowanymi przestępcami lub narkomanami. Pewnego razu mało przyjemna parka na mocnym haju zwinęła sekretarce torebkę i dopiero kiedy Ben włożył znacząco rękę do kieszeni postanowiła ją oddać. Innym razem pewna kobieta weszła do biura parafialnego i ogłosiła pracującym tam ludziom, że jeśli nie dadzą jej wszystkiego co mają, to ona porąbie ich siekierą na kawałki. W odpowiedzi Benjamin otworzył szufladę wyjął broń i położył ją na blacie biurka, kobieta wtedy wyszła i więcej się w kościele nie pokazała.

Włamywacze także nie przebierają w środkach. W 2007 podczas okresu świątecznego dwóch osobników włamało się do mieszkania w jednym z domków akademickich myśląc, że o tej porze roku nikogo tam nie ma. W środku byli jednak dwaj studenci z Indii, którzy na święta nie wyjechali i zostali w związku z tym na miejscu zastrzeleni. Mówi się, że gdyby w rękach prywatnych osób było mniej broni, rzadziej dochodziłoby do takich wypadków. Jak jednak wiadomo posiadanie broni w USA jest prawem konstytucyjnym. Zresztą nawet gdyby nie było, nie sposób już chyba zmienić nastawienia Amerykanów, którzy po prostu "tak mają".
Sam mieszkam w domku podobnym do tego, w którym zginęli Hindusi. Pewne poczucie bezpieczeństwa daje mi jednak to, że moim zaufanym sąsiadem jest Mike - elektryk i zapalony myśliwy. On także nie wyjechał nigdzie na święta. Wiem też, że w domu ma co najmniej dwie sztuki broni, nie licząc sztucera, i gdyby na osiedlu działo się coś niepokojącego, to można na niego liczyć.



niedziela, 28 listopada 2010

Churche pieczone!

Życie w tak zwanym Pasie Biblijnym ma swoje uroki. Wyobraźcie sobie tylko: siedzę na korytarzu, obok siada nieco młodsza dziewczyna. Zagaduje naturalnie i swobodnie, tak jak mają to zwykle w zwyczaju Anglosasi. Potem następuje chwila milczenia. A potem pytanie: „So tell me. Are you saved, Mr Michael?”

Czyli: czy jest Pan zbawiony? Bezcenne, ale wcale nie nietypowe dla Luizjany! „Jak myślę o Bogu to wiem, że jestem. Jak patrzę na siebie, to wiem, że nie ma szans.” - odpowiedziałem cytatem z mojego przyjaciela z warszawskiego zboru Kościoła Ewangelicko-Reformowanego (pozdrawiam Piotra T.). Dziewczyna przyjęła to ze spokojem i jakoś mnie tam pewnie w myślach zaklasyfikowała. Na południu panuje zasada: powiedz mi do jakiego kościoła chodzisz, a powiem Ci kim jesteś. Kolega z Brazylii kilka razy zaciągnął mnie na przykład do najprawdziwszego megachurcha. Hala wielkości małego stadionu, zespół rockowy, gra świateł, około półtora tysiąca ludzi tańczących bez przerwy i....nawet Pismo Święte też czasami czytali. Byli zresztą w jego odczytaniu dość konserwatywni, purytańscy wręcz, co mi nawet odpowiadało. Przestałem tam jednak bywać, kiedy pewnego dnia zjawiliśmy się w kościele wcześniej i zobaczyłem jak podczas spotkania modlitewnego nastolatki wymachiwały rękoma i wypowiadały przypadkowe sylaby, które podobno miały być językiem aramejskim. Usłyszałem też jak starszy pastor tegoż kościoła zaczął zachwalać dokonania niejakiego Reinharda Bonnkego. Przypomnę tu, że działający głównie w Afryce Bonnke przez większość mediów i kościołów jest uznawany za niebezpiecznego szarlatana, od jakiegoś czasu twierdzi na przykład, że umie wskrzeszać ludzi.

Mnie to przeszkadzało, nie będę ukrywał. Megachurch Bethany nie jest jednak bynajmniej jakąś mroczną sektą. Trafia tam głównie nowa, świeżo upieczona klasa średnia o dość konserwatywnych poglądach. Wierni są też bardzo zróżnicowani rasowo, co się chwali zwłaszcza na południu, gdzie większość kościołów dzieli się jednak dość wyraźnie na białe i czarne. Dom modlitwy jest obszerny, wygodny, zadbany i ogólnie przypomina sprawnie prowadzony dom handlowy. W USA powszechne jest zresztą zjawisko „church-shoppingu” czyli dobierania sobie kościoła wedle uznania. Przynajmniej w przypadku większości denominacji protestanckich nikt specjalnie nie ogląda się na to, gdzie kto został ochrzczony i gdzie mieszka, ważne żeby ochrzczony był i mógł przyjechać. Idąc jednak po linii moich warszawskich afiliacji (niedoinformowanym przypomina, że jestem kalwinen czyli dokładniej ewangelikiem reformowanym) udałem się do znajdującego się na kampusie Kościoła prezbiteriańskiego (kalwiniści amerykańscy).

Ostatecznie jednak i tam nie zagrzałem miejsca. Był to Kościół przede wszystkim lewicowej profesury, która często pamięta jeszcze czasy pierwszego Woodstock. Kiedy więc od pastora usłyszałem, że „głos klasy robotniczej musi być usłyszany na Wall Street” trochę zwątpiłem. W końcu poradziwszy się zaufanego wykładowcy, trafiłem do kościoła baptystycznego, który specjalizuje się w duszpasterstwie akademickim i prowadzi nabożeństwa otwarte dla wszystkich protestantów. Pastorowie są tam bardzo swojej pracy oddani i w każdym calu profesjonalni. Kazania nie trącą tanim politykierstwem, nie są też ani spłycone ani przeintelktualizowane.

Co niedziela odbywa się kilka nabożeństw, w tym jedno dla studentów zagranicznych. Zaprzyjaźniłem się z pastorem Rickiem, który właśnie w duszpasterstwie obcokrajowców się specjalizuje. Staram się mu pomagać jak mogę w szkółce niedzielnej czy redagowaniu świątecznego modlitewnika, ale sam też ze znajomości korzystam. Ostatnio wraz z dwoma kolegami z Kościoła miałem na przykład przyjemność zjeść dziękczynny obiad z rodzinką pastora. Napiliśmy się też herbaty kwiatowej, którą Rick przywiózł z misji w China i rozmawialiśmy o amerykańskich kreskówkach, ogrodzie, szkole, Kaliwnie oraz lingwistycznej interpretacji Starego Testamentu.

Najbardziej Rickowi zazdroszczę chyba właśnie tego, ze jest niezrównanym poliglotą. Czyta w kilkunastu językach, a biegle włada dziesięcioma. Choć nie jest Azjatą, podczas kazań ze względu na liczne grono studentów z Dalekiego Wschodu często, gęsto używa mandaryńskiego, koreańskiego i japońskiego. Nie jest mu też obcy francuski, co przydaje się z kolei w kontaktach z niektórymi Afrykańczyki. No i oczywiście Rick zna hebrajski oraz aramejski, bo o tych językach pisał w dużym stopniu doktorat – nie musi więc zamykać oczy i machać rękami, żeby zacząć mówić „językami”. Zupełnie zaś mnie rozbroił, kiedy w cotygodniowym drukowanym na biurowej drukarce modlitewniczku znalazłem linijkę przełożoną również na polski. Choć Rick przyznał się, że akurat tym językiem nie włada i wkleił modlitwę z internetu to gest był jednak ujmujący zważywszy, że jestem przecież jedynym w Kościele Polakiem. Najdziwniejsze jest zaś to, że ten Kościół jest właśnie najbliższym mojego miejsca zamieszkania. Spacerek trwa z 10 minut. Mogłem tak od razu....

Reklama dźwignią Kościoła